Talent młodego Amerykanina został odkryty w roku 1997 przez członków kultowej amerykańskiej wytworni Serotonin. Wkrótce potem dostrzegł już go sam Neil Landstrumm i zaproponował nagranie singla dla jego wydawnictwa Scandinavia. Neil oraz Bill tak się zakolegowali, ze nagrali wspólnie jeszcze 2 single. Youngman nagrał również płytę "Klimba" dla Currently Processing, a w chwili obecnej przygotowuje album dla DC Recordings z Wielkiej Brytanii.
Bill, na debiutanckim w Tresorze wydawnictwie, zawarł cztery niezwykle chropowate, surowe i mroczne utwory. Cztery wycieczki w historie "nowej szkoły" techno, pełne sinusoidalnych wariacji, bleepnięć LFO, metalicznych świstów, skorodowanego dzwonienia i wszechobecnego basu. Basu, Youngmanowym zwyczajem, przeszywającego na wskroś, poruszającego i dusze i flaki. Do tego wszystkiego dochodzą wokale - nagrywane w Station 55 (studiu C.Vogla), a jednak brzmiące jak z ciasnej, berlińskiej piwnicy. Wszystko to niesione prostym, siarczystym beatem potwierdza pozycję Billa jako jednej z największych osobowości współczesnej muzyki. W produkcji tej płytki ręce maczał Cristian Vogel. Współpraca z artystą tej klasy nierzadko grozi utratą osobistego charakteru utworów, gigant zamiast pomóc może wypalić na płycie swoje piętno, przesłaniające oryginalnego autora. Youngman wychodzi z tego starcia obronną ręką. "Born" to kwintesencja jego stylu. Prostego, mocnego, chropowatego, podlanego demonicznymi wokalizami, których 3-sekundowy fragment potrafi ustawić całą kompozycję. Zadziwia mnie lekkość z jaką te wszystkie dźwięki się pojawiają, dokładnie na swoim miejscu, tak by wyzwolić maximum energii. Na "Born" człowiek zawsze panuje nad maszyną. I demonicznie się przy tym uśmiecha. |