|
Po 4 latach od ostatniej płyty Agressivy, która znacznie różniła się od pozostałych dokonań grupy, Bodek Pezda i spółka wydali kolejny krążek. Do współpracyzostał zaproszony znany z takich formacji jak Nine Inch Nails, Killing Joke, Martin Atkins, który udzielał się na perkusji oraz dokonał końcowego miksu całego materiału a także Wayne Hassey z The Mission. Jaki efekt?
Tytułowy „In” rozpoczynający krążek niewiele wyjaśnia. Nawet przemknęła mi myśl, że jego delikatność może zapowiadać powtórkę z posłodzonego albumu „Agressiva 69”. Jednak nic bardziej błędnego. Już kolejny utwór, „Rzeźnia”, pokazuje, że na pewno tak nie będzie. Breakbeatowy rytm zdradza zamiłowanie zespołu do eksperymentów z elektroniką, która pojawia się na krążku w różnych odmianach. Ambientowe wstawki, niezwykle rytmiczna stopa w kilku numerach i inne wariacje przeplatają przesterowane riffy charakterystyczne dla zespołu. Nie ma więc mowy o jakiejkolwiek surowości, z jaką mieliśmy do czynienia na pierwszych płytach Agressivy, aczkolwiek mroczna strona grupy nie rzadko daje o sobie znać. Chwytliwe melodie, szczególnie w balladzie „Some Bizzare”, nasuwają skojarzenia do muzyki lat 80' i fali new romantic. Polscy depesze? Także psychodeliczne momenty w „Dark Side Of The Radio” powodują, że „In” nie jest jednolita papką a świetnie przygotowanym albumem, którego mogą zazdrościć inne kapele. Mam tylko nadzieję, że na kolejny krążek nie trzeba będzie tak długo czekać, a zespół nie będzie odkładał tej przyjemności starając sie zaspokoić fanów wydawaniem samych remiksów. |