|
Wpisał: Adrian Jagieliński
|
|
09.12.2004. |
Pare tygodni temu stanąłem przed wyborem: bekonowy cheesburger z McDonald'sa czy wycieczka do second-handu po jakąś perełkę?? Spowodowany był on po części zbliżającym się powrotem do domu, ale najważniejszym kryterium był chyba jednak stan mojego portfela:). Wybór był prosty, otóż za ostatniego funta kupiłem płytkę z pod igły nie istniejącego już Phunctional Records. I jedno co mogę powiedzieć: były to znakomicie ulokowane (niewielkie, ale zawsze jednak) pieniądze.
Otóż dzięki tej płytce możemy mieć doczynienia ze znakomitym i ciepłym tech-house'm. Pierwsza strona, czyli "Warm in Tulum" to trwające niecałe 6 minut lekko tribalowe arcydzieło. Na pierwszym planie pojawia się tutaj gorący syntezatorowy dźwięk, który wraz z bębnami i house'owym bitem w tle tworzy znakomitą całość. Breakdowny tu nie są może jakoś szczególnie innowacyjne (nawet jak na tamte czasy), ale całkowicie wpasowują się w koncepcję utworu. Na drugiej stronie nagrane są już dwa numery: "Beaches" i "Going to Santa Fe". Pierwszy z nich zaczyna się lekko orientalnym samplem, do którego dodawane są po kolei: bit, werble, bębny i płynący wokal (a raczej pomruk), który to w załamaniu wychodzi na pierwszy plan. W środku dochodzą jeszcze surowo brzmiące klawisze i mamy całość, która potrafi uspokoić nawet najgorszego choleryka, ale... Jest to jak najbardziej pozorny spokój, ponieważ przekazywana jest tu dawka energii potrafiąca rozgrzać nas nawet w... łóżku :). Trzeci utwór, a drugi na tej stronie dzięki basowemu ambientowi ma najspokojniejszy charakter, chociaż dzięki drapieżnemu samplowi wchodzącemu około drugiej minuty może również jak poprzednicy nakręcać. Generalnie rzecz biorąc płyta nie dosyć, że zawiera trzy znakomite utwory, to jeszcze zespolone są one w jedną spójną całość. Naprawde po przesłuchaniu tej epki każdy z nas przyzna rację bytu geniuszowi Jeffa Bennetta. W końcu czymś chyba musiał zasłużyć na miano jednego z najlepszych. |