StartNewsImprezyVideoGuestbookLinkiKontaktPocztaVinyl-ShopGaleria
Audioriver - Festiwal Muzyki Elektronicznej - Open Air Festival - Płock PDF Drukuj Email
Wpisał: Agnieszka Szmidel [napis.pl]   
04.08.2006.
Pierwsza edycja festiwalu muzyki elektronicznej AudioRiver na płockiej plaży zakończyła sie sukcesem. Na dwa dni płocka plaża zmieniła się w wielkie miasteczko festiwalowe i łącznie gościła ponad dwadzieścia tysięcy ludzi.
Bez wątpienia sporo mówi sie o potrzebie rozwoju tzw. inteligentnego clubbingu dla wyrobionych muzycznie sluchaczy, ale także takiego, który miałby szansę dotrzeć do jak najwiekszej grupy odbiorców. AudioRiver wychodził z takiego wlaśnie założenia, prezentując artystów o światowej klasie (Goldie, Gabriel Ananda, Pier Bucci, Ada, Mathew Jonson) bez potrzeby kupowania drogich karnetów. Organizatorzy zapewnili również tymczasowe zakwaterowanie na polu namiotowym i zaplecze gastronomiczne.

Otoczenie plaży powinno przypominać wakacje. Pogoda pozwoliła jednak na skąpe jak na warunki płockiego bulwaru, smakowanie muzyki. Warto było jednak moknąć dla wielkich, acz przypłowiałych już gwiazd i weteranów gatunku drum n’ bass i jungle. Bez wątpienia bowiem pierwszy dzień festiwalu był domeną Goldiego, MC Lowquiego i Dja Fresha oraz live actu zbliżonego stylistyką do jazzowo-soulowej, z brawurowym MC Staminą i MC Deeizm, z rozgrzewką polskich artystów: Boogie Mafii z Warszawy oraz Cls i Waxa z Krakowa.

Polskie popisy zgrabnie wprowadziły mało liczną, w porównaniu z dniem drugim, publikę, w świat jazzu i drum n’ bassu. Melodyjny Parallel Forces – czuło się, że sam supportuje następnemu artyście – Goldiemu, zapewniły dawkę pozytywnych, dynamicznych wibracji. Do nich potrzeba było jedynie rytmu i opowieści, a takie zaserwował producent kultowych niegdyś albumów: Saturnz Return i Inner City Life. Mocny bit połaczony z żywiołową otoczką – choćby na ten występ warto było przyjechać do Płocka. Starsze utwory, z charakterystycznym rozpoznawalnym bassem wokół wyrazistych bitów doskonale współgrały z nowszymi w rodzaju Say you love me.

Drugą oczekiwaną osobistością festiwalu był DJ Fresh, znany z projektów takich, jak: BreakBeat Chaos i Bad Company, który właśnie wydał nowy album: Escape Planet Monday. I rzeczywiście obok klasyków z wytwórni innego ojca gatunku - Roniego Size’a - artysta zaprezentował swoje świeże utwory, wśród których znalazł się The Immortal. Co rzucało sie jednak w uszy – set nie był już tak melodyjny i tak unoszący, jak, Goldiego. Czułam sporo niepotrzebnych zgrzytów i, zwłaszcza na początku, występ niepokojąco trącał ‘ronizną’ spod znaku Reprazent.

Tu jednak muszę napisać kilka spostrzeżeń. Jak na gwiazdy i ich entourage, organizatorzy przewidzieli za krótkie sety. Goldie nim właściwie wszedł na scenę rozgrzewany przez obydwu MC (Lowqiuego i Staminę), już z niej schodził po godzinnym występie, dając miejsce kolejnemu artyście. Przepełniony dłużyznami live act Craggz i Parallel Forces natomiast opóźnił wejście złotozębemu nestorowi sceny jungle. Miało się wrażenie, już w trakcie trwania pierwszego dnia, że line-up jest umowny i że właściwie panuje bałagan. Gdy bowiem zakończyły się zmagania artystów z nurtu dn’b, podobne rzeczy działy sie w namiocie house, gdzie dzielnie grała polska śmietanka do występu oklaskiwanego progresywno-house'owego projektu Peace Division. W namiocie nie wiadomo było, kto kiedy kogo zmienia w trakcie jego występu. Czasem kilka godzin przypominało jeden set

Drugi dzień festiwalu to wielkie nadzieje, oczekiwania i emocje. Po drum & bass'owo - house'owym piątku przyszła bowiem kolej na bardziej awangardowe elektroniczne brzmienia. Line-up świecił gwiazdami z playlist topowych DJów. Było jednak tak, jak przeczuwali malkontenci. Płocka plaża wypełniła się 'klubowiczami' różnych maści w ilości zatrważającej (16 tys. ludzi), co niezmiernie cieszyło organizatorów, a w odbiorze muzyki skutecznie przeszkadzało. Grupy ludzi raz po raz przechadzały się w poszukiwaniu suchego miejsca, bowiem i aura nie była zbyt sprzyjająca festiwalowi.

Pierwszym artystą jakiego dane było mi usłyszeć tego wieczora była Ada, producentka z Kolonii, która stosunkowo niedawno wypłynęła na szersze wody. Uznanie jakie żywię dla tej pani nie pozwoliło mi jednoznacznie ocenić jej występu, jednak zawiodłem się nieco... Jak zwykle po swoich 'favourites' spodziewałem się rewolucji lub chociażby małego trzęsienia Ziemi. Ona zagrała jednak poprawnie. I mimo, że utwory z jej debiutanckiej płyty 'Blondie' wciąż działają na mnie pozytywnie, to w towarzystwie deszczu nie porwały mnie tak, jak potrafiły kiedyś. Tuż po niemieckiej piekności na scenę wkroczył Gabriel Ananda. Zaczął dość żywo i w miarę czasu postępował wraz z początkowym zamiarem. Głębokie, świdrujące bassy raz po raz podrywały zebraną publiczność do dzikiego tańca. Niewątpliwie był to jeden z najbardziej energetycznych setów festiwalu.

Tuż po Anandzie główną sceną zawładnęli kanadyjczycy z Cobblestone Jazz. Dźwięki serwowane nam przez ten wciąż eksperymentujący team wprawiły mnie w takie osłupienie, że na długo po ich wystepie nie mogłem znaleźć sobie miejsca. Wszystko to przez niedobór ambitnych, jazzujących brzmień, bowiem mieszanka jaką zaserwował nam Mathew Jonson z kolegami to idealny kolaż surowego minimalu, głębokich dźwięków deep techno i jazzowych wariacji aranżacyjnych. Czasem z dodatkiem smyczków, czasem trąbki... Marzenie!

Tuż po zakończeniu zmysłowych doznań na scenie głównej podążyłem do namiotu, tam bowiem zaczynał grać Pier Bucci, który nie zgodził się na występ o 5 rano, więc zajął miejsce polskiego Fresha. Pan ten przyzwyczaił mnie zarówno do solidnych produkcji, jak i niesamowitych setów. Zagrał poprawnie, znów jednak w wystepie jego brakowało mi momentów, które zapadałyby w pamięci na dłużej...

Po Włochu przyszedł czas na główną gwiazdę tego wieczoru, czyli Mathew Jonsona, tym razem w solowym projekcie. Wszystko było piękne, ładne, płynące. Momentów o których wspominałem przed chwilą znów jednak zabrakło... A 'Marionette' słyszane przy okazji każdego jego występu po prostu się nudzi.

Trochę świeżości wniósł Paul Kalkbrenner, który zagrał dość imprezowe, przestrzenne i pompujące techno. Średnio jednak pasowało ono do poprzedzających go wyczynów kanadyjczyka a i set, niebywale podobny, zarejestrowany przy okazji jednego z poprzednich występów Paula w domu wydaje się być bez wyrazu, jednak w Płocku był to jeden z najjaśniejszych momentów festiwalu.

Podsumowując - bardzo udany wypad do pięknego miasta. Zarówno towarzysko jak i imprezowo. Muzycznie jednak gdzieś obok, a szkoda, bo potencjał gwiazd na pewno mógłby być lepiej wykorzystany. A tak, ciągle pozostawało uczucie niespełnienia, potęgowane przez niesprzyjającą pogodę.
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Menu główne
Start
News
Imprezy
Video
Guestbook
Linki
Kontakt
Poczta
Vinyl-Shop
Galeria
Artykuły
Recenzje
Relacje
Konkursy
Kluby
Biografie
top of page
© 2012 Freakinsound.com - Are You Freaked Enough?? - techno music, imprezy, fotki, tech house, vinyle, płyty, recenzje, nowości, house music Design by www.e-creation.pl
E-Creation - Strony WWW | DJ Phonk | Katalog stron internetowych | Rod-Trans Bis s.c. | Usługi Informatyczne | Łowisko Karpiowe | Prawo Ustawy | Giełda Forex | Agnieszka Radwańska