|
Wieczorem w święto odzyskania niepodległości odbyła się trzecia odsłona cyklu imprezowego Time Is Passing Slowly w klubie Pruderia.
11 listopada większość Polaków wyleguje się spokojnie przed telewizorem. Niektórzy z nich wywieszają w swoim oknie flagę narodową (wszak to jedna z niewielu okazji by poszczycić się swoją narodowością...). Kilku z nich jednak postanowiło na przekór panującym w narodzie trendom wziąć się do roboty i dzień ten poświęcić pasjonatom dobrej muzyki. Do malutkiej i, co za tym idzie, niezwykle przytulnej Pruderii, przy ul. Racławickiej, zjednoczone ekipy S!te Records i Telescope Netlabel zaprosiły niekwestionowaną gwiazdę, bożyszcze wielu muzycznych ortodoksów i zapaleńców, szwedzkiego producenta ambitnej na wskroś elektroniki - Andersa Ilara!
W momencie gdy dotarłem do klubu na scenie pogrywał Vitalis Popoff, producent wydający w obu wspomnianych wyżej wytwórniach. Głębokie, przestrzenne dźwięki połączone w utwory wirujące w kręgach dub, click i deep techno raz po raz łechtały zmysły zgromadzonych ludzi, których liczba zwiększała się wraz z upływającym czasem. W okolicach godziny 00.30 zrobiło się ciasno i tłumno, więc jak nietrudno się domyślić, na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru. Jego przerażająca aparycja i potężna postura trochę kłóciły się z muzyką, do jakiej przyzwyczaił nasze uszy... Nie zawiodłem się jednak ani przez chwilę. Szwed rozpoczął miękko, głęboko i niezwykle przyjemnie. Piękny, świdrujący bas jako tło dla odgłosów natury brzmiał naprawdę znakomicie na poprawionym pruderyjnym nagłośnieniu. Sukcesywnie zwiększając natężenie i taneczność dźwięków, Anders, po mniej więcej 40 minutach grania, dotarł do brzmień stricte acidowych, co oczywiście ucieszyło zebranych ludzi, przygotowanych na to, z czego Ilar słynie najbardziej. Świdrująca 303'ka nie dawała odpocząć nawet najbardziej wymagającym słuchaczom. Po chwili kulminacji przyszła pora na krótkie odsapnięcie, bowiem po paru acidowych utworach znów mogliśmy usłyszeć tę bardziej łagodną odsłonę naszego znakomitego gościa. Po jego występie przyszedł czas na Arsa Deco, udzielającego się głównie na S!te Records. Po drobnym zgrzycie jaki miał miejsce na samym początku grania, artysta ten zaprezentował się nielada ciekawie. Trafił w sam raz w moje oczekiwania serwując przestrzenne, melodyjne utwory, które koiły serca po morderczych acidach pana Ilara. Piękno w najczystszej postaci... Na zakończenie imprezy wystąpił 600sto900 i zaprezentował, czego spodziewałem się zresztą, najbardziej taneczny repertuar ze wszystkich występujących tej nocy artystów.
Reasumując - nadwyraz udana impreza w klubie, do którego niejednokrotnie jeszcze powrócę. Polecam! |