|
Po fascynacji szwedzką kooperacją panów Jespera Dahlbacka i Adama Beyera postanowiłem pójść za ciosem i poszperać w innych ich dokonaniach. Tak oto trafiłem na młodszego kuzyna jednego z nich, czyli Johna Dahlbacka. Otóż produkcje tego chłopaka słyszałem już wcześniej, niestety nigdy nie zatrzymałem się przy nich na dłużej... aż do dziś.
Przeglądając playlisty DJ'ów pragnących pokazać nowe oblicze house'u, spójnie łączącego się z electro, nie sposób dostrzec, że parę nazwisk powtarza się permanentnie. Jedno z nich należy do młodziutkiego (bo zaledwie dwudziestoletniego) szweda mieszkającego pod Sztokholmem.
Miałem opisać płytę, więc zaczynam. Electribe Germany, czyli wytwórnia dzięki której opisywane tu dźwięki ujrzały światło dzienne, od zawsze ukazywała nam dość szerokie horyzonty muzyczne. Nie inaczej jest tym razem, bo obie strony dwunastocalówki są całkowicie do siebie niepodobne. Jednakże dla mnie jest to zdecydowanym plusem, bo dzięki temu płyta ta nabiera niespotykanej uniwersalności. Sięgnąć mogą po nią zarówno zwolennicy deep house'u, electro czy wreszcie progressive'u w swej najnowszej odmianie. Strona A to nakręcające publikę electro w najlepszej postaci. Tech-housowa, momentami niemalże techniczna stopa i pociągający do tańca syntezatorowy sampel będą poruszać ściany niejednego klubu na świecie. Na dodatek otrzymujemy bardzo przyjemną porcję klawiszy i okazuję się, że nasze ciało tańczy... Absolutny killer. Jak dla mnie to jeden z najlepszych utworów usłyszanych ostatnimi czasy.
Na stronie B nie jest już tak skocznie, co nie znaczy jednak, że jest gorzej. Ciepły, płynący bas, równie znakomity damski wokal i porcja elektronicznych przeszkadzajek przywołują mi obraz laguny lub imprez na statku parowym, w których nie raz chciałbym uczestniczyć. Numer ten to żywy przykład na to, że możliwy jest jeszcze powrót do ambitniejszego funky house'u. I to z wielkim hukiem. |